Data publikacji: 16 sierpnia 2019

Nadużycia w reklamie suplementów diety

Nic tak nie pomaga w sprzedaży witamin jak przekonanie potencjalnego klienta, że kupuje lekarstwo, które wyleczy go z męczących dolegliwości. Spora część rynku suplementów od lat bazuje na mylnych skojarzeniach Polaków i podszywa się pod produkty lecznicze, z którymi w rzeczywistości nie mają nic wspólnego. Ten proceder dwa lata temu ukrócił UOKiK, a w naszych rodakach zrodziła się nieufność w stosunku do wszystkich suplementów diety.

Suplementy to nie leki

W Polsce bezwzględnie nie wolno reklamować m.in. wysokoprocentowych napojów alkoholowych oraz wyrobów tytoniowych, ale leki owszem – po spełnieniu przez producenta określonych ustawą wymogów. W przypadku produktów leczniczych (leków) przepisy są jasno zdefiniowane, a ustawodawcy żądają m.in., by reklama nie wprowadzała widza w błąd, prezentowała produkt leczniczy obiektywnie oraz informowała o jego racjonalnym stosowaniu, nie oferowała żadnych korzyści (np. promocji) z faktu nabycia produktu i nie była skierowana do dzieci. W reklamie leku nie mogą występować osoby publiczne, naukowcy, lekarza czy farmaceuci ani żadne osoby sugerujące, że zawodowo zajmują się medycyną. Reklamy leków nie mogą wreszcie odbiorcy zastraszać konsekwencjami niekupienia produktu ani sugerować mu, że prezentowany lek zastąpi poradę lekarską czy wręcz zabieg chirurgiczny.  Prezentacji reklamowych produktów leczniczych dotyczy cały rozdział 4 Ustawy z dnia 6 września 2001 r. Prawo Farmaceutyczne, nie ma tam jednak ani słowa o reklamach suplementów diety – gdyż, zgodnie z przepisami, są to jedynie środki spożywcze i jako takie traktowane są przez prawo. Czy oznacza to, że w reklamach suplementów może pojawić się wszystko, co producent uzna za stosowne, czyli oddziałujące na emocje i wyobraźnię potencjalnego klienta? Jeszcze do niedawna rzeczywiście mogło tak być, gdyż reklamy stosowały przeróżne nielegalne sztuczki i uchodziło im to płazem (lub kary były symboliczne). Samowolka jednak skończyła się wraz z pierwszą gigantyczną karą, którą na jednego z producentów suplementów nałożył UOKiK.

Mylne skojarzenia

Polski rynek suplementów to kura znosząca złote jajka – obecnie jego wartość szacuje się na 4,35 mld zł, a eksperci spodziewają się, że po 2020 roku przekroczy 5 mld zł. Raporty wykazały, że po suplementy sięga ok. 72 proc. naszych rodaków, najczęściej w wieku od 50. i do 70. roku życia. Co ciekawe, ogromna większość badanych przyznaje, że po suplementy (oraz leki OTC) sięgają bez wskazania lekarza, kupując je z własnej inicjatywy. Najlepiej sprzedającymi się suplementami są produkty zawierające magnez, na kolejnych miejscach są tzw. immunostymulatory, probiotyki, produkty wzmacniające organizm oraz witaminy i minerały dla dorosłych. Suplementy to środki spożywcze, których zadaniem jest uzupełnianie ewentualnych niedoborów substancji odżywczych, ale w żadnym wypadku nie leczenie chorób. Tymczasem Polacy wciąż traktują suplementy diety jak leki. Oczywisty wpływ na tego typu skojarzenia (zwłaszcza u starszych osób) jest obecność suplementów w aptekach, przy czym produkty te są często eksponowane na półkach tuż obok pełnoprawnych leków. Są też do nich podobne – dbają o to sami producenci podczas projektowania opakowań, bardzo „lekowa” jest też postać, w jakiej są sprzedawane, czyli tabletki, kapsułki czy syropy. Wiadomo, że rejestracja suplementu w Polsce jest bardzo prosta – wystarczy powiadomienie Głównego Inspektoratu Sanitarnego i przedstawienie etykiety wprowadzanego produktu. Nie są przy tym potrzebne żadne dowody na skuteczność preparatu, charakterystyka jego wpływu na organizm człowieka czy możliwych działań niepożądanych. Pozwolenie wydane przez GIS oznacza, że suplement może legalnie stanąć na aptecznej półce, a klient może go kupić – nierzadko w przekonaniu, że to lekarstwo. O błędny (aczkolwiek korzystny dla sprzedaży) przekaz dotyczący wielu suplementów dbają również reklamy.

Reklama suplementów a przepisy

Choć występują pod postacią przypominającą leki, są wyłącznie środkami spożywczymi i jako takie podlegają pod ustawę z 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia. Reklamowanie suplementów diety jest dozwolone w formie wizualnej, dźwiękowej i audiowizualnej i znacznie mniej obwarowane przepisami niż reklamy leków. W reklamie suplementów mogą występować osoby publiczne oraz pracownicy medyczni lub aktorzy udający ich, jeśli więc słyszymy, że dany produkt poleca ginekolog, okulista czy położna, to z pewnością jest to właśnie suplement (lub wyrób medyczny, który jest kategorią pośrednią), ale nigdy lek. Reklama suplementu diety nie może wprowadzać widza w błąd, czyli np. przypisywać produktowi właściwości zapobiegania chorobom lub ich leczenia, sugerować jego działania lub właściwości, których nie posiada lub nazywać go „wyjątkowym”, podczas gdy inne preparaty mają taki sam skład i oddziaływanie na organizm. Każda reklama suplementu musi też jasno informować widza, że prezentowany produkt jest właśnie suplementem diety. Może też zawierać oświadczenia żywieniowe i zdrowotne, czyli komunikaty lub np. graficzne przedstawienia, które stwierdzają, sugerują lub dają do zrozumienia, że żywność ma szczególne właściwości, np. ze względu na wartość kaloryczną lub substancje odżywcze. Oświadczenia te muszą być oczywiście zgodne z przepisami wspólnotowymi, których aktualny wykaz zawierają załączniki do Rozporządzenia (WE) Nr 1924/2006  Parlamentu Europejskiego i Rady (z dnia 20 grudnia 2006 r. w sprawie oświadczeń żywieniowych i zdrowotnych dotyczących żywności) oraz do Rozporządzenia Komisji (UE) nr 432/2012 (z dnia 16 maja 2012 roku ustanawiającego wykaz dopuszczonych oświadczeń zdrowotnych dotyczących żywności, innych niż oświadczenia odnoszące się do zmniejszenia ryzyka choroby oraz rozwoju i zdrowia dzieci). Oświadczenia w reklamie nie są obowiązkowe, zmieniają się też kwalifikacje danych składników odżywczych, np. to, co jeszcze kilka lat temu można było powiedzieć w reklamie o kreatynie, aronii czy kolagenie, dziś może być już nieaktualne i zakazane. Jak łatwo się domyślić, zmiany wynikają m.in. z nowych odkryć naukowych dotyczących poszczególnych związków i ich wpływu na ludzki organizm.

Obchodzenie przepisów

Nadzór nad rynkiem i reklamami suplementów w Polsce sprawuje Państwowa Inspekcja Sanitarna. W przypadku naruszenia ustawowych zakazów dotyczących reklamy suplementów diety instytucja ta może nałożyć na podmiot karę pieniężną w wysokości do trzydziestokrotnego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej za rok poprzedzający, czyli obecnie ok. 130 tys. zł. W porównaniu do gigantycznych zysków producentów suplementów jest to kwota na tyle mało znacząca, że przez lata dochodziło do licznych nadużyć i ewidentnego łamania przepisów dotyczących reklamy. Widzowie przed telewizorami i słuchacze radiowi przyzwyczaili się więc do przekazów, w których sugerowano (lub wprost oznajmiano), że reklamowane preparaty mają właściwości lecznicze czy przeciwzapalne, oddziałują terapeutycznie na konkretne obszary ciała, zapobiegają różnym groźnym chorobom czy też skutecznie odchudzają bez diety czy ruchu. Z niektórych reklam można było wywnioskować, że stosowanie przedstawianych preparatów usunie problemy zdrowotne pacjenta i oszczędzi mu wizyty u lekarza, w tym również w przypadku dolegliwości u dzieci. A przecież za każdym razem mowa była o suplemencie diety, czyli produkcie witaminowym czy mineralnym, który żadną miarą nie mógłby oddziaływać w taki sposób na ludzki organizm. A widzowie słuchali i wyrabiali sobie mylne pojęcie o rzeczywistym zastosowaniu suplementów, co mści się na naszym społeczeństwie do dziś.

Niespodziewany cios (finansowy)

W pewnym momencie miarka się przebrała i do walki z nieuczciwymi reklamami suplementów diety włączył się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) który najpierw zagroził, że reklamy wprowadzające w błąd będą wyłapywane, a producenci reklamowanych suplementów karani, a następnie nałożył pierwszą dotkliwą karę ok. 26 milionów zł na producenta suplementów diety RenoPuren Zatoki Hot i RenoPuren Zatoki Junior. Obydwa środki są suplementami diety  zawierającymi witaminę C, cynk oraz wyciągi z ziół, a ich zastosowanie to uzupełnienie diety w składniki wspierające zdrowie dróg oddechowych. Ale nie leczenie chorób gardła i zatok oraz zapobieganie tym i podobnym chorobom, co wyraźnie sugerowały reklamy. Wysokość kary podziałała tak, jak tego oczekiwano – odbiła się szerokim echem w mediach, dotarła do świadomości Polaków i pozostawiła w niej ślad nieufności w stosunku do reklam leków, które w rzeczywistości mogą wcale lekami nie być. Jedną z kolejnych decyzji UOKiK było ukaranie producenta suplementu Chela Mag B6 za reklamy, które bazowały na niezgodnych z prawdą statystykach pozwalających producentowi na stwierdzenia typu „najczęściej polecanym przez farmaceutów magnezem na rynku jest Chela Mag B6” czy „Farmaceuci uznali produkt za najbardziej godny poleceniu pacjentom”. Pośród preparatów, których producenci również ponieśli konsekwencje finansowe i/lub wizerunkowe w kolejnych miesiącach pracy UOKiK były m.in. Pneumolan Plus (udający produkt leczniczy), żelki magnezowe Magmisie (mające rozwiązać problemy z koncentracją czy stresem u dzieci oraz wykorzystujące wizerunek dziecka w sposób nieetyczny) oraz Green Magma (niedozwolone oświadczenie zdrowotne). Dziś, prawie dwa lata po pierwszej głośnej karze, można już chyba powiedzieć, że reklamy telewizyjne i radiowe suplementów stały się ostrożne i wyważone, a ich twórcy, w obawie przed bankructwem, trzymają się przepisów. Co nie znaczy, że to koniec batalii o uczciwą reklamę suplementów. Trwają przygotowania do oczyszczenia rynku z psującej go nieuczciwej konkurencji, wprowadzenia nowych, jasnych regulacji dotyczących reklam i opakowań produktowych, a także ochrony dzieci przed wpływem kierowanych do nich przekazów reklamowych. Co więcej, za wprowadzenie na rynek nowego suplementu producent już wkrótce będzie musiał zapłacić (co ma zapobiec mnożeniu bezwartościowych środków o nowych nazwach handlowych), szykują się też poważne zmiany w wymogach rejestracyjnych: wymagane będzie podanie dokładnego składu takiego preparatu i wyraźne oznaczenie na opakowaniu, że to suplement, by odróżniał się od leków. Co ciekawe, dziś przed mylnymi skojarzeniami Polaków bronią się nawet sami producenci leków, którzy reklamują je w radio i telewizji hasłem: „Nasz produkt to lek, a nie suplement diety”.

Dziki internet

O ile w przypadku reklam w radio i telewizji odgórna kontrola i młot w postaci milionowych kar od UOKiK wydają się skuteczne i dobrze rokujące dla przyszłości rynku, tak wciąż brakuje środków do okiełznania najmłodszego medium, czyli sieci. To właśnie tutaj ogłaszają się wytwórcy produktów, których nierzadko nie udało się nawet zarejestrować w GIS (pomimo banalnie prostej procedury). To produkty reklamowane jako odchudzające, powiększające penisa czy biust, niwelujące halluksy, usuwające trądzik i czyniące tak wiele dobra, że zgodnie z obowiązującym prawem powinny być lekami (a niektóre wręcz środkami o magicznych właściwościach). Oczywiście nimi nie są – nie są też zresztą nawet uczciwymi suplementami, gdyż ich skład jest zazwyczaj zupełnie inny, niż deklaruje producent. Oczywiście nie działają tak, jak obiecują reklamy, zazwyczaj nie działają wcale i jest to zasadniczo lepsze, niż gdyby miały nagle odchudzić kogoś o 20 kg lub sprawić, że czyjś konar niespodziewanie zapłonie – to by oznaczało, że dodano do nich niedozwolone substancje, które żadną miarą nie powinny znaleźć się w łatwo dostępnym, niezarejestrowanym produkcie. Kontrola internetowych źródełek nielegalnych suplementów niewiele daje, gdyż ich wytwórcy zakładają firmy-krzaki, często zmieniają nazwy i lokalizacje biur, a czasem jako adres podają odległe lokacje, np. Wyspy Marshalla. Gdy GIS otrzymuje zgłoszenie o nielegalnych, sprzedawanych przez Internet podejrzanych produktach, w wielu przypadkach zwraca się z tym do policji, która nie zawsze może skutecznie zadziałać zważywszy na wirtualny charakter tego procederu. Produkty te niestety wciąż reklamują się nawet w największych polskich serwisach internetowych, odsyłają potencjalnych klientów do przedziwnych, paranaukowych stron prezentujących dany środek, zawierających podrabiane certyfikaty jakości i zdjęcia nieistniejących lekarzy czy naukowców. W tym przypadku nie można jednak mówić o nadużyciach w reklamie suplementów, gdyż ani produkty te nie są uczciwymi suplementami (jako nigdzie nie zarejestrowane i o enigmatycznym składzie są po prostu niczym), ani informacje na ich temat nie są nadużyciami (tylko ordynarnym kłamstwem). Dopóki brakuje regulacji prawnych dotyczących tej pokątnej branży, można jedynie uświadamiać Polaków o szkodliwości tego typu produktów – zarówno dla ich zdrowia i portfela, jak i uczciwego rynku suplementów diety.

Ciasteczka

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dowiedz się więcej jak je wyłączyć.

OK, zgadzam się
OK, zgadzam się